Kuźnia Kampanierów - logo

Z frontu

Inwestor jest bogiem?

Słowo „patodeweloperka” kojarzy nam się dość jednoznacznie. Najczęściej oznacza ono nowo wybudowane budynki, które stoją z pogwałceniem wszelkich dobrych praktyk urbanistycznych i w których znajdują się mieszkania, które z naszego punktu widzenia urągają zdrowemu rozsądkowi i godności osób, które zmuszone będą w nich mieszkać.

Jest to spojrzenie jak najbardziej słuszne – tego typu patologie, powstałe wyłącznie z żądzy zysku, należy piętnować i wytykać palcami, nazywając po imieniu. Mimo to chciałbym, abyśmy spojrzeli na to zjawisko szerzej, zastanawiając się nad tym, skąd się wzięło, dlaczego istnieje i jakie formy przyjmowało na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat.

Akt I – śmierć planowania przestrzennego

Planowanie przestrzenne nie kojarzyło się w Polsce najlepiej i nie miało nigdy dobrej prasy. Ogromna większość Polaków kojarzyła je z PRL-em, gdzie za jego pomocą powstawały całe nowe dzielnice, co powinno nieść za sobą pozytywne skojarzenia. Niestety, kryzysowa rzeczywistość lat 80., połączona z brakiem usługowego otoczenia nowo wybudowanych bloków (usługi były planowane, ale z powodu kryzysu ich realizacja odsunęła się na święty nigdy) i „zgrzebnością” budowanych osiedli, podporządkowanych niemal w całości funkcji mieszkaniowej, zaniedbujących kwestie estetyczne i krajobrazowe, przełożyły się na złą prasę planowania przestrzennego. Myślenie o osiedlach mieszkaniowych ukształtowały nam w zbiorowej przestrzeni memetycznej dwie sceny, za które odpowiedzialny jest ten sam reżyser, Stanisław Bareja. Kto z nas nie pamięta słynnej sceny z niekompetentnym „z zawodu dyrektorem”, który stojąc nad makietą nowego osiedla mówi, „jezioro damy tu”? A kto z nas nie pamięta serialu Alternatywy 4, który na dekady stworzył recepcję PRL-owskich osiedli mieszkaniowych?

Następna dekada wyzyskała ten potencjał memiczny i skontrastowała prężną, kapitalistyczną, a więc oczywiście w dorozumieniu racjonalną gospodarkę z niewydolną i bezsensowną gospodarką „socjalistyczną”. Planowanie przestrzenne stało się przeszkodą hamującą rozwój – w końcu każdy chciał, żeby powstawało „nowe” – nowe sklepy, nowe „deweloperskie” bloki, nowe szklane biurowce, im wyższe, tym lepsze. Lata 90. śniły ten sam sen o amerykańskiej nowoczesności, który śnił również gierkowski PRL – szerokie autostrady, wysokie budynki, samochody dla każdego. Nie bez powodu wybudowane w latach 70. biurowe centrum Warszawy tak dobrze przyjęło entuzjazm lat 90. i pierwszej dekady XXI weku, a jego fragmenty powstałe w obydwu tych epokach są obecnie trudne do odróżnienia.

W takich warunkach praktyczne zlikwidowanie planowania przestrzennego było kwestią czasu. Ostateczny cios zadano mu na przełomie dekad – politycy i specjaliści projektujący jego reformę poważyli się na coś niesłychanego.

Na skutek jednej decyzji, 31 grudnia 2003 roku przestały obowiązywać dotychczasowe ogólne plany zagospodarowania i na ich miejsce dopiero miały się pojawić miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego. W ciągu jednej sylwestrowej nocy zdecydowana większość terenów w Polsce stała się areną całkowitej wolności urbanistycznej – nowe, dokładne miejscowe plany były przyjmowane bardzo powoli, stare, ogólne, przestały obowiązywać.

Od tej pory rządzić miały uznaniowe decyzje urzędników. Dość powiedzieć, że dzisiaj, niemal dwadzieścia lat później, planami miejscowymi w Łodzi objętych było 74,83 km2 powierzchni miasta[1], co stanowi nieco ponad 25%. Pozostałe ¾ powierzchni miasta pozostaje „wolne” od planowania przestrzennego.

Akt II – Inwestor jest bogiem, bez niego nie ma życia

Na tak ukształtowany krajobraz musiał zstąpić ktoś, kto odmieni oblicze ziemi. Tym kimś oczywiście był inwestor, im bardziej zagraniczny, tym lepiej. Miasta prześcigały się w konkurencji, jaką było ściąganie zagranicznych inwestorów i sprzedawanie im, a jeszcze lepiej oddawanie za przysłowiową złotówkę kłopotliwych terenów, na których często władztwo sprawował sędzia absolutny, czyli syndyk masy upadłościowej.

W ten sposób Łódź pozbyła się najcenniejszych terenów „inwestycyjnych” – dawnych posiadeł wodno-fabrycznych rozciągających się nad rzeką Jasień od ulicy Przędzalnianej na wschodzie po aleję Włókniarzy na zachodzie. Inwestorom sprzedano ogromne tereny po dawnych zakładach Obrońców Pokoju, Eskimo, Polmerino, sprzedano również mniejsze, ale równie korzystnie ulokowane zakłady Norbelana, znajdujące się na rogu ulic Żeromskiego i Mickiewicza. Wszędzie powstać miały przede wszystkim nowe mieszkania i biura – i niemal wszędzie z tych planów nic nie wyszło.

Ściągnięci do miasta inwestorzy jeden po drugim okazywali się w najlepszym razie spekulantami trzymającymi grunt dla zarobku na przyszłość, a w najgorszym wypadku zwykłymi „burzymurkami”, których głównym zajęciem było doprowadzenie istniejącej, historycznej zabudowy do ruiny, a następnie wyburzenie jej, gdy zagraża bezpieczeństwu i sprzedanie dalej pustych już działek pod dowolną zabudowę.

Szczególnym przykładem tej ostatniej kategorii była (i nadal jest) spółka CFI i jej niezliczone spółki-córki, odpowiedzialne za doprowadzenie do ruiny wielu kamienic i budynków pofabrycznych. Każdy, kto chce zobaczyć, jak wygląda „gospodarowanie” zabytkowym majątkiem przez tę spółkę, może wybrać się na ulicę Tymienieckiego 24 i obejrzeć, jak wygląda dawna przędzalnia zakładów Grohmana albo kamienica na rogu ulic Zielonej i Piotrkowskiej.

Jak łatwo było przewidzieć, tacy inwestorzy nie przynieśli do Łodzi zmiany innej niż dalsza degradacja wspólnej przestrzeni. Nie licząc jednej zrealizowanej inwestycji (tzw. lofty u Scheiblera w dawnej przędzalni zakładów Scheiblera) pozostały po tej epoce głównie gruzy. Ogromna tkalnia „papieska” przy ul. Kilińskiego w ciągu jednej nocy została pozbawiona dachu – wieść gminna niosła, że dzięki temu „mykowi” inwestor nie musiał płacić wyższej stawki podatku od nieruchomości, bo ściany bez dachu nie są już kwalifikowane jako budynek. Po Norbelanie i Polmerino pozostały tylko zarośnięte chwastem puste pola, a wyburzenia w Eskimo udało się zatrzymać w ostatniej chwili, już po wyburzeniu części budynków. Podobny los spotkał też ogromne zakłady przy ulicy Smugowej – pozostały po nich tylko dwie wieże i teren, pusty do dzisiaj.

Akt III – miasto idzie na pomoc

Urząd miasta nie mógł patrzeć na to wszystko bezczynnie. Uruchomiono działania pomocowe. Nie niszczejącej miejskiej tkance – ale inwestorom.

Dla dawnego Eskimo (tego, w którym zdążono wyburzyć już część budynków) uchwalono miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego, który przewidywał… wyburzanie dalszej części budynków. Dla wyburzonych zakładów Pafino na rogu ulic Dąbrowskiego i Kilińskiego wydano decyzję o warunkach zabudowy pozwalającą wybudować na ich terenie dwa dyskonty. Tereny po Norbelanie pozwolono zabudować ścisłą zabudową blokową, która nijak się miała ani do okolicy, ani do (zaplanowanej już) linii zabudowy wyznaczonej przez nowy budynek hotelu Qubus na rogu ulic Żeromskiego i Mickiewicza. Tereny dawnej remizy strażackiej przy ulicy Sienkiewicza 54, w której miało zostać zrealizowane „Centrum Rewitalizacji” sprzedano, a posiadający je „inwestor” natychmiast je rozebrał. Do dziś straszy tam dziadoparking.

Miasto wyciągnęło również pomocną dłoń do tych inwestorów, którzy nie załapali się na pierwszą falę wyprzedaży, wystawiając na sprzedaż szereg należących do niego obiektów.

Wśród najcenniejszych była modernistyczna zajezdnia tramwajowa na ul. Dąbrowskiego, która została sprzedana łódzkiemu biznesmenowi. Jej los został przypieczętowany szybko – seria pożarów wznieconych przez „nieznanych sprawców” spowodowała, że budynek hali tramwajowej już nie istnieje, a narożny budynek biurowy jest w ruinie. „Inwestor” chciał postawić w miejscu dawnej zajezdni kolejny dyskont, ale na przeszkodzie stanął konserwator zabytków.

Więcej szczęścia miał za to kolejny inwestor, który od miasta zakupił tereny zajezdni autobusowej znajdującej się po drugiej stronie skrzyżowania. Dzisiaj stoi tam market i mini centrum handlowe, a samo skrzyżowanie ulic Kilińskiego i Dąbrowskiego stało się modelowym przykładem rewitalizacji poprzez marketyzację – dwa z czterech narożników zajmują markety, trzeci jest ruiną, na miejscu której właściciel chciał wybudować market, a czwarty narożnik należy do miasta i jest pusty, czekając na nowego nabywcę, który zapewne również będzie chciał na nim postawić market.

Modne stało się też udzielanie pozwoleń na „adaptację” budynków pofabrycznych do nowych funkcji w ten sposób, że zachowuje się kawałek fasady, a resztę budynku nadbudowuje nową konstrukcją, która przypomina bardziej blok z kawałkiem „dziwnej” elewacji, niż zachowany z szacunkiem zabytek albo jakąś architektoniczną nową jakość. Konstrukcje takie podziwiać możemy m.in. na ul. Kilińskiego 123, gdzie dawne kino „Stylowy” wbudowano w podstawę kilkunastopiętrowego bloku, na ul. Kazimierza 6, gdzie podobny los spotkał budynek kina „Pokój”, albo na ul. Łukasiewicza, gdzie dla odmiany tak potraktowano zabytkową fabrykę. Najnowszy przykład powstaje na naszych oczach, gdzie na Piotrkowskiej 217, w głębi podwórka, inwestor miał zachować elewację budynku fabrycznego i wkomponować ją w elewację nowego budynku, po czym zachował ją w ten sposób, że fabryczny budynek wyburzył, a teraz będzie odtwarzać jego fragmenty.

Akt IV – Łódź gra w zielone

Nie lepszy los spotykał tereny zielone i doliny rzeczne, które w mieście takim jak Łódź, pozbawionym dużych terenów zielonych w centrum miasta i zbudowanym chaotycznie, bez poszanowania zasad urbanistycznych, powinny być szczególne chronione. Koncepcja „błękitno-zielonej sieci”, która miała połączyć łódzkie parki i tereny zielone zlokalizowane nad łódzkimi rzekami pozostała głównie na papierze. Na papierze, niestety, nie pozostała deweloperka.

Pierwszym sygnałem, że idzie nowe, była budowa apartamentowca „Marina Łódź”, zlokalizowanego w dolinie rzeki Sokołówki na Bałutach. Budynek wcinał się klinem w dolinę rzeki, rujnując nie tylko krajobraz, ale też otulinę samej rzeki. Protesty, jakie się wtedy podniosły, były nieskuteczne – budynek powstawał na działce nieobjętej miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego, a władze miasta rozłożyły ręce, zauważając, że muszą wydać zgodę na taką zabudowę działki, a poza tym Łodzi potrzeba nowych mieszkań. Dzisiaj nad Sokołówką powstały już całe rzędy nowych inwestycji deweloperskich, a firma SGI stawia już czwarty etap inwestycji, wchodząc z blokami nad same brzegi rzeki. Przestrzeń, która w zamierzeniu miała być rekreacyjną i przyjazną dla środowiska, staje się na naszych oczach przestrzenią prywatną, pociętą siatką płotów i wygrodzeń. „Błękitno-zielona sieć” kona na naszych oczach, przy pełnym aplauzie władz miasta i przychylnych im mediów.

Kolejnym sygnałem, że Łódź za nic ma posiadane przestrzenie zielone, był pomysł zabudowy lasu na Brusie. Las ten, będący dawnym poligonem wojskowym, przejętym przez miasto nieco ponad dekadę temu, miał zostać rozparcelowany i poddany sprzedaży pod budynki mieszkalne. Jego część miała zostać zachowana na cele rekreacyjne, które miały daleko odbiegać od leśnego charakteru obszaru i których urządzenie miało być sfinansowane ze sprzedaży działek pod budownictwo mieszkaniowe. Co ciekawe, teren samego Brusa nie był jednak objęty miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego, ale już w Studium Uwarunkowań i Kierunków Zagospodarowania Przestrzennego tereny lasu w całości zostały przeznaczone na budownictwo mieszkaniowe.

W tej sytuacji mieszkańcy miasta zaprotestowali, doprowadzając do tego, że ostatecznie z planów zabudowy lasu się wycofano. Sprawa nie jest jednak zamknięta i niewykluczone, że w obliczu bardzo złej sytuacji finansowej miasta powróci. Zabudowa nadal byłaby możliwa – w końcu nadal nie obowiązuje tam miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego, a te, które już istnieją, można dowolnie zmienić, co pokazała sytuacja ze zmianami w Nowym Centrum Łodzi, gdzie obowiązujące od ledwo kilku lat plany zmieniono od ręki na życzenie pani prezydent i budujących się tam deweloperów.

Sytuacja z lasem na Brusie nie była też odosobniona. Miasto w ciągu ostatnich kilku lat postanowiło pozbyć się działek przylegających do łódzkich parków i terenów leśnych  albo wręcz w nich leżących. Tak stało się z działką na ul. Kilińskiego 91 przylegającą do parku im. Sienkiewicza (która notabene była zakupiona w celu włączenia jej do tego parku jeszcze w czasach PRL-u) i z działką przylegającą do parku im. Szarych Szeregów, którą miasto postanowiło zbyć w celu zabudowy, a protestujący mieszkańcy chcieli włączyć do istniejącego parku, poszerzając kluczowy dla ich osiedla teren zielony. Podobny protest odbył się też na łódzkim Olechowie – tym razem mieszkańcy walczyli o zachowanie około dwóch hektarów terenu leśnego, ale rada miejska w Łodzi w 2018 roku zdecydowała o przeznaczeniu go pod zabudowę w zapisach przyjmowanego właśnie miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego.

Kolejnym zielonym miejscem, które miasto chciało sprzedać i rozparcelować pod nową zabudowę była tzw. Zielona Ostoja na łódzkim Marysinie. Teren ten znajduje się w otulinie najcenniejszego łódzkiego terenu zielonego, jakim jest Las Łagiewnicki, pomiędzy ulicami Centralną i Wycieczkową. Działała tam dawna szkółka leśna, której teren zdziczał i porósł drzewami, stając się przyrodniczo i rekreacyjnie cennym obszarem zarówno dla okolicznych mieszkańców jak, i dzikiej przyrody. Również tutaj mieszkańcy rozpoczęli protest w jego obronie – tym razem, podobnie jak na Brusie, udany. Ostatecznie miasto wycofało się z planów sprzedaży i obiecało urządzić na tym terenie miejski park o charakterze leśnym.

Akt V – infrastruktura publiczna jest nam zbędna

We wcześniejszych częściach tekstu wspominałem już o trzech przykładach sprzedaży, a następnie dewastacji elementów miejskiej infrastruktury publicznej, jakimi były zajezdnia tramwajowa przy ul. Dąbrowskiego, zajezdnia autobusowa przy ul. Kraszewskiego i remiza strażacka przy ul. Sienkiewicza. Nie były to jednak jedyne wypadki, ani na nich się nie skończyło, albowiem miasto postanowiło zacząć pozbywać się również innych budynków użyteczności publicznej, których rzekomo już nie potrzebuje.

Najbardziej wyrazistym przykładem jest budynek dawnej szkoły przy ulicy Harcerskiej 8/10 na łódzkich Bałutach. W budynku tym znajdowała się najpierw szkoła podstawowa, a następnie gimnazjum, wygaszone w ostatnich latach. Władze miasta uznały, że budynek ten jest im zbędny i że na jego miejscu powinna powstać nowa zabudowa mieszkaniowa, realizowana oczywiście nie jako zabudowa komunalna, ale zabudowa deweloperska.

Traf chciał, że budynek szkoły znajdował się w środku zaprojektowanego i wybudowanego jeszcze w latach 60. zeszłego wieku osiedla mieszkaniowego, dopełniając jego skalę i zapewniając mu niezbędną funkcję edukacyjną. Jakakolwiek ingerencja w ten teren powinna odbywać się z poszanowaniem całego założenia urbanistycznego i możliwości, jakie to osiedle może przyjąć. Mówiąc wprost – ilu dodatkowych mieszkańców może tam zamieszkać, ile dodatkowych samochodów może się zmieścić na wąskich uliczkach i zaparkować (najpewniej na trawnikach i skwerach) i ile dodatkowych dzieci może pójść do okolicznej podstawówki.

Mimo to władze miasta zachowały się jak typowy „straszny mieszczanin” z wiersza Tuwima, który wszystko widzi oddzielnie. Nie widziano sprzeczności w tym, że z jednej strony nie mamy potrzeby posiadania szkoły, bo druga szkoła podstawowa zapewnia miejsca dla wszystkich dzieci z okolicy, a faktem, że przestanie je zapewniać, gdy tylko pojawią się nowe dzieci, które zamieszkają w „apartamentowcach”, które powstaną na miejscu starej szkoły – i których obecność wymusi konieczność nauki zmianowej. Nie zauważono, że ilość samochodów na osiedlu zwiększy się skokowo, podczas gdy już teraz nie ma miejsca ani do parkowania, ani do swobodnej nimi jazdy. Nie zauważono również, że dodatkowi mieszkańcy będą musieli tych samochodów używać, bo linia tramwajowa na ulicy Wojska Polskiego jest wyłączona z użytkowania (obecnie jest w remoncie) i że na każde gospodarstwo domowe trzeba doliczyć średnio około 1,5 samochodu. Nie zauważono wreszcie, że na działce po szkole deweloper chce zmieścić aż osiem (!) bloków, o wysokości dochodzącej do siedmiu kondygnacji, co stoi w rażącej sprzeczności zarówno z gęstością istniejącej zabudowy, jak i z jej wysokością – ta część osiedla zabudowana jest niewielkimi, czteropiętrowymi blokami.

Nie muszę mówić też, że cały ten teren nie jest objęty miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego i decyzję o warunkach zabudowy urząd miasta wydał na zasadzie tzw. sąsiedztwa, którym w tym wypadku był prawdopodobnie punktowiec przy ulicy Spornej, zaprojektowany jako dominanta architektoniczna i jedyny budynek o tej lub zbliżonej wysokości w okolicy.

Tak zaprojektowanym budynkiem, a raczej mini osiedlem, deweloperowi, ale przede wszystkim urzędowi miasta, udała się trudna sztuka trafienia jednym kamieniem wielu ptaków na raz. Nie dość, że nowe budynki znacząco pogorszą jakość życia dotychczasowych mieszkańców, zdewastują też krajobraz architektoniczno-urbanistyczny osiedla i, co gorsza, zdewastują również środowisko naturalne, bo z budową wiąże się konieczność wycięcia kilkudziesięciu dużych drzew porastających działkę dawnej szkoły, a samochody dodatkowych mieszkańców najpewniej znajdą miejsca parkingowe na osiedlowych trawnikach i skwerach.

Sytuacja z ul. Harcerskiej nie jest, niestety, odosobniona. Podobny problem pojawił się po przeciwnej stronie miasta, na Rudzie Pabianickiej, gdzie przy ul. Zuchów 4 władze miasta zdecydowały o wyburzeniu budynku po dawnym domu dziecka i przeznaczeniu działki na sprzedaż, oczywiście w celach mieszkaniowych. Decyzja ta zapadła po zignorowaniu protestów zarówno okolicznych mieszkańców, którzy obawiają się zabudowy blokowej na osiedlu zabudowanym głównie domami jednorodzinnymi, jak i rady osiedla, która sugerowała umieszczenie w tym budynku bardzo potrzebnych w mieście mieszkań rotacyjnych. Budynek wyburzono w marcu bieżącego roku, gdy jasnym się stało, że byłby niezwykle potrzebny chociażby jako tymczasowe schronienie dla uchodźców z Ukrainy, a jeden z mieszkańców z przekąsem skomentował, że władze miasta najwyraźniej nie znoszą skautingu, skoro najpierw zabrały się za Harcerską, a teraz za Zuchów.

Podsumowanie – kto jest winien?

Opisując „patodeweloperkę”, najczęściej skupiamy się na tym, co jest bezpośrednio widoczne. Bloki, które powstają bez żadnego poszanowania dla otoczenia i krajobrazu, często stawiane w linii na wąskiej, a długiej działce (tzw. urbanistyka łanowa, określenie pochodzące od dawnych chłopskich łanów sprzedanych teraz pod zabudowę mieszkaniową na terenach nieobjętych miejscowymi planami zagospodarowania przestrzennego). Mieszkania, które mają dziwaczne rozkłady i które same są mikroskopijnymi kawalerkami, dla niepoznaki określanymi jako „lokale użytkowe o charakterze mieszkalnym”, albo które mają pokoje, najlepiej równie kieszonkowej wielkości, żeby było łatwiej podzielić je na wynajem. Artykułów i publikacji opisujących te patologie nigdy dość – ale znacznie rzadziej mówi się, dlaczego taka zabudowa w ogóle powstaje.

Winne tutaj jest państwo, które od początku lat 90. zeszłego wieku nie jest w stanie uporządkować sytuacji planistycznej w kraju i które oddaje planowanie przestrzenne praktycznie w całości w ręce samorządów, które wielokrotnie nie są gotowe, aby temu wyzwaniu sprostać.

Winne są samorządy, które uchwalają miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego wybiórczo i latami. Nikogo nie dziwią procedury planistyczne ciągnące się od 2005 roku do dzisiaj (tutaj celuje m.in. Warszawa) i wciąż niemogące się doczekać końca. Sytuacja taka bywa zresztą dla samorządów bardzo wygodna – tam, gdzie nie ma planów, można dość dowolnie wydawać decyzje o warunkach zabudowy, a te z kolei wiążą się z uznaniowością, co rodzić może podejrzenia natury korupcyjnej i utrudnia społeczną kontrolę nad tym, co dzieje się w bezpośredniej okolicy i nad tym, jak planować swoje życie.

Winni są architekci, którzy rzadko kiedy protestują przeciwko takim sytuacjom, i którzy dla zarobku podpisują projekty takich budynków i osiedli. Nie powstałyby one przecież bez podpisów osób uprawnionych, które ponoć powinny charakteryzować się ponadprzeciętną wrażliwością na estetykę, świadomością potrzeb ludzkich i które wykonują ponoć zawód zaufania publicznego.

Winni są oczywiście sami deweloperzy, którzy chcą wycisnąć jak najwięcej tzw. PUM-ów[2] z posiadanych działek i budowanych budynków, bez oglądania się na jakość życia ani przyszłych mieszkańców swoich inwestycji, ani tym bardziej mieszkańców otaczających ich osiedli.

Winni w końcu jesteśmy również my sami – mieszkańcy. W końcu to my kupujemy te mieszkania, to my nabijamy kabzę deweloperom, to my nie chcemy patrzeć samorządom na ręce, to my wybieramy na kolejne kadencje władze miasta z siedemdziesięcioprocentowym poparciem. To my, którzy denerwujemy się, gdy ktoś protestuje i my, którzy nazywamy krzykaczami i gorszymi określeniami tych, którzy mają odwagę walczyć o nasze wspólne dobro. To wreszcie my, którzy zamykamy się w naszych wygodnych czterech ścianach i nie chcemy interesować się tym, co dookoła nas, mimo że my i tylko my mamy narzędzia do tego, aby tę sytuację zmienić, organizując się, poznając swoich sąsiadów, interesując się tym, co władze miasta planują w naszej okolicy. I głosując na takie osoby w wyborach samorządowych i krajowych, które rzeczywiście chcą coś w tej materii zmienić.

[1] Bank danych lokalnych, dane za rok 2020.
[2] PUM – powierzchnia użytkowa mieszkalna.

Fot. mohamed HassanPixabay

Jarosław Ogrodowski, fot. archwium prywatne autora

Autor: Jarosław Ogrodowski

Ekspert w zakresie partycypacji społecznej i rewitalizacji, społecznik, samorządowiec. Pracował w Biurze ds. Rewitalizacji i Zabudowy Urzędu Miasta Łodzi. W latach 2016-2019 pracownik Instytutu Rozwoju Miast, gdzie odpowiadał za prowadzenie szkoleń, tworzenie dokumentów strategicznych dla samorządów oraz tworzenie publikacji poradnikowych i podręczników dla samorządów z zakresu partycypacji społecznej i rewitalizacji. Współzałożyciel ruchu „TAK dla Łodzi”, Ruchu Społecznego „Szacunek dla Łodzi” oraz fundacji Instytut Działań Samorządowych.

Projekt „Łodzianie decydują” finansowany przez Islandię, Liechtenstein i Norwegię z Funduszy EOG w ramach Programu Aktywni Obywatele – Fundusz Regionalny